· Gości online: 1
· Użytkowników online: 0
· Łącznie użytkowników: 72
· Najnowszy użytkownik: fedon88
|
|
PODPISY
petycja w sprawie Katyn2 - Smolensk 2010
Andrzej Melak (brat Stefana)
02 968 Warszawa Przyczółkowa 104
tel. 604 565 334
Śledztwo jest prowadzone tak by prawda nie wyszła na jaw
Gazeta Polska 2010-07-06
Ponieważ w swojej pracy zawodowej zajmuję się między innymi postępowaniami prokuratorskimi za czasów PRL, wiem, że prowadzono je właśnie w taki sposób, by nie ujawnić prawdy. I widzę, że w przypadku katastrofy smoleńskiej przyjęto metodologię do złudzenia przypominającą tę, która była stosowana do 1989 r. – robić wszystko, by nic nie wyjaśnić – z Magdaleną Mertą, żoną Tomasza Merty, wiceministra kultury poległego w katastrofie smoleńskiej, rozmawia Dorota Kania
Jest pani założycielem Stowarzyszenia Katyń 2010. Co było powodem jego powołania?
To była decyzja wielu rodzin osób, które zginęły w katastrofie prezydenckiego samolotu. Pomysł na to, żeby stowarzyszenie powstało, pojawił się bardzo wcześnie. Część rodzin, które poleciały do Moskwy na identyfikację ciał, miała poczucie, że powinniśmy się trzymać razem, że powinniśmy sobie pomagać i nawzajem się wspierać. Istnienie stowarzyszenia daje nam nadzieję, że będziemy mieć wpływ na to, w jaki sposób prowadzone jest śledztwo.
Czy mają państwo zastrzeżenia co do sposobu prowadzenia tego postępowania?
Uważamy, że jest prowadzone opieszale i nie czujemy, by postępowanie tych, którzy je prowadzą, zmierzało do odkrycia prawdy i wyjaśnienia okoliczności katastrofy. Będziemy szukać także zewnętrznego wsparcia, nie tylko w rodzinach. Takie kroki już zostały podjęte – jeden z amerykańskich kongresmenów postawił wniosek o powołanie międzynarodowej komisji, na czym nam ogromnie zależy. W tej sprawie będziemy też szukać pomocy u polskich europosłów.
Władze polskie podkreślają, że wszystko jest w porządku, że zarówno komisja badania wypadków lotniczych, jak i prokuratura działają prawidłowo.
Ja mam przeciwne zdanie – uważam, że zarówno strona polska, jak i rosyjska nie wykazują dostatecznej woli wyjaśnienia tej sprawy.
Dlaczego?
Mogę wskazać konkretne przykłady świadczące co najmniej o braku dobrej woli, jak chociażby sprawa wraku samolotu. Prokuratura zwróciła się jedynie o dowody rzeczowe, nie wyszczególniając, o co chodzi. We wniosku śledczych nie ma konkretnego wskazania o przekazanie wraku Tu-154. Jest to tym bardziej dziwne i wręcz wstrząsające, że pamiętamy, jak postępowano z wrakami samolotów w przypadku innych katastrof, np. nie licząc się z kosztami wrak airbusa podniesiono z dna oceanu, wydając miliony dolarów. Znaleziono wszystkie szczątki tego samolotu. Nasz wrak niszczeje na płycie rosyjskiego lotniska. Krążą plotki, że brakuje kokpitu, który przecież wszyscy widzieliśmy na zdjęciach tuż po katastrofie.
Dlaczego pani zdaniem wrak Tu-154 powinien znaleźć się w Polsce?
W naszym kraju powinien zostać poddany dokładnym, wszechstronnym badaniom, a potem powinien trafić do muzeum. Dostaliśmy pismo z Muzeum Historii Polski, które chce szczątki tego samolotu przyjąć do własnej ekspozycji. W naszym rozumieniu jest to pamiątka narodowa, a dla członków rodzin osób, które zginęły, symboliczna relikwia. Na szczątkach samolotu może znajdować się krew naszych bliskich, o czym świadczy fakt, że jeden z przywiezionych do Polski kawałków został odesłany przez techników do zakładu medycyny sądowej właśnie dlatego, że były na nim fragmenty ludzkiej tkanki
Czy zobaczyła już pani dokumenty z rosyjskiego śledztwa dotyczące śmierci pani męża?
Nie, chociaż mąż był jedną z pierwszych osób, które zidentyfikowano, ale do tej pory nie udało mi się ustalić, kto to robił. Wiem tylko, że identyfikację przeprowadził ktoś, kto znał męża osobiście. Do dziś nie dostałam protokołu identyfikacji ani protokołu sekcji zwłok. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego sekcji nie przeprowadzono w Polsce, dlaczego śledztwo oddano Rosjanom. Zastanawia mnie, dlaczego wszyscy mają wpisaną tę samą godzinę zgonu i tę samą przyczynę śmierci, dlaczego nie przeszukano dokładnie miejsca katastrofy i pozostawiono tam rzeczy należące do ofiar.
Czy odzyskała pani wszystkie rzeczy męża?
Niestety nie. Nie mam obrączki, nie mam kart kredytowych, które – jak twierdzi strona polska – zostały odesłane do banku, ale bank do tej pory mi tego nie potwierdził.
Czy miała pani dostęp do jakichkolwiek materiałów dotyczących katastrofy?
Wiemy, że część materiałów przyszła z Rosji, ale nie wiadomo do końca, co się w nich znajduje. Być może jest to dokumentacja medyczna. Ja osobiście czytam akta, ale nie mogę się na ich temat wypowiadać.
Nie może pani mówić o szczegółach, ale czy można na ich podstawie ocenić sposób prowadzenia śledztwa?
To co widziałam, nie napawa optymizmem. Według mnie nie ma tam kluczowych materiałów, które być może znajdują się w Moskwie. Śledztwo jest prowadzone chaotycznie, odnosi się wrażenie, że nie ma żadnego planu. To, co robi w sprawie katastrofy polski rząd i prokuratura, jest dla mnie niewiarygodne. Mam poczucie, że śledztwo jest prowadzone w taki sposób, żeby prawda nie wyszła na jaw. Ponieważ w swojej pracy zawodowej zajmuję się m.in. postępowaniami prokuratorskimi za czasów PRL, wiem, że prowadzono je właśnie w taki sposób, by nie ujawnić prawdy. I widzę, że w przypadku katastrofy smoleńskiej przyjęto metodologię do złudzenia przypominającą tę, która była stosowana do 1989 r. – robić wszystko, by nic nie wyjaśnić. I to widać też w sposobie, jak się nas traktuje. Prokuratura do tej pory nie wydała nam zgody na dostęp do akt niejawnych, chociaż mamy do tego prawo jako osoby pokrzywdzone. I to nie jest tak, że nam się czegoś odmawia – nasze wnioski pozostają po prostu bez odpowiedzi. Gra się na zwłokę, nasze zmęczenie i zniechęcenie. Traktuje się nas jak niechcianych petentów, jak zło konieczne.
Mija trzy miesiące od katastrofy, a polskie władze nadal uważają, że nie ma powodu, by powołać międzynarodową komisję. Nie ma też wspólnego, polsko-rosyjskiego śledztwa, co zapowiedział 10 kwietnia prezydent Dmitrij Miedwiediew w rozmowie telefonicznej z premierem Tuskiem. Czy nadal uważa pani, że jest szansa na niezależną komisję?
Dopóki taka komisja nie powstanie, będziemy o nią walczyć. Warto, by obecnie rządzący pamiętali, że “dłużej klasztora niż przeora”, czyli nie będą wiecznie przy władzy. Możliwe, że kiedyś znajdą się ludzie, którzy będą kierować naszym krajem i będą chcieli wyjaśnić wszystkie okoliczności tej katastrofy. Nie będą się kierowali poprawnością polityczną i rzekomymi dobrymi stosunkami z Moskwą, tylko chęcią dojścia do prawdy.
Czy zna pani szczegóły śledztwa prowadzonego przez Rosjan?
Poza informacjami z mediów nie wiem nic, podobnie jak inne rodziny będące w Stowarzyszeniu Katyń 2010. Wraz z upływem czasu pojawia się natomiast coraz więcej wątpliwości. Dlaczego nie oddali nam wraku Tu-154, dlaczego tak dużo czasu zajęło ustalenie godziny katastrofy, dlaczego jest tyle pytań związanych z odczytami “czarnych skrzynek”, kim był człowiek, który razem z kontrolerami przebywał na wieży w momencie lądowania prezydenckiego samolotu?
Strona polska wykazuje dużą pasywność, a my na razie nic nie możemy zrobić, bo nie mamy żadnego wpływu na rosyjską prokuraturę. Dlatego międzynarodowa komisja jest niezbędna.
Co pani zdaniem mogło być przyczyną katastrofy?
Nie ma nikogo, kto teraz odpowiedziałby na to pytanie. Ale wiem jedno: nie wierzę w samobójcze skłonności pilotów, nie wierzę w to, że ktoś wymusił lądowanie. Gdyby tak było, już dawno media przedstawiłyby na to dowody. Uważam, że obarczanie winą członów załogi lub pasażerów tragicznego lotu Tu-154 jest haniebne. Gdy w mediach ukazały się takie sugestie, na znak sprzeciwu napisaliśmy list. Moim zdaniem fałszywe sygnały o rzekomej winie są próbą odwrócenia uwagi opinii publicznej od istoty śledztwa. Tymczasem trzeba wyjaśnić rozbieżności w zeznaniach, trzeba ustalić, czy rosyjscy kontrolerzy lotu celowo źle naprowadzili polskich pilotów, czego skutkiem była katastrofa.
Co pani i stowarzyszenie chcecie zrobić, by sprawa katastrofy nie została zepchnięta na margines, by o niej nie zapomniano?
Działamy za granicą, działamy też w Polsce. W najbliższym czasie na Jasnej Górze będą zbierane podpisy pod wnioskiem o powołanie międzynarodowej komisji. Dla mnie wzorem działania jest rodzina zamordowanego Krzysztofa Olewnika, która – mimo niechęci władz – robiła wszystko, by tę sprawę wyjaśnić. Członków Stowarzyszenia Katyń 2010 oskarża się o “smoleńską obsesję”, a przecież gdyby nie ta nasza “obsesja” w sprawie katastrofy panowałaby cisza. Zdaję sobie sprawę, że wyjaśnienie smoleńskiej tragedii może trwać latami. Wiem jedno: jeżeli mnie zabraknie, zajmą się tym moje dzieci.
Gazeta Polska 2010-05-25
Powiedziano nam, że mają czternaście ciał, które można rozpoznać, a większości nie da się zidentyfikować. Stefan na tej liście nie figurował. Był bardzo wyraźny nacisk, abyśmy nie jechali do Moskwy. Potem okazało się, że Stefan nie był spalony ani zniekształcony. Nie mogę się pogodzić, że śledztwo prowadzą Rosjanie, że polski rząd tak łatwo się na to zgodził – z Andrzejem Melakiem, bratem Stefana Melaka, przewodniczącego Komitetu Katyńskiego, który tragicznie zginął w katastrofie prezydenckiego samolotu, rozmawia Dorota Kania.
W jaki sposób dowiedział się pan o katastrofie?
Rano 10 kwietnia jechałem na uroczystości katyńskie do Siedlec. W samochodzie miałem włączone radio, które przerwało program i nadało informację o katastrofie. Przerwałem podróż – pojechałem do domu brata i u niego w domu, przy telewizorze, czekałem na dalsze relacje. Każda następna przychodząca wiadomość była tragiczniejsza. Zadzwoniłem do córki Stefana, która mieszka w USA. Mimo różnicy czasu – w Stanach Zjednoczonych była noc – już wiedziała o tragedii. W międzyczasie do naszej rodziny zadzwoniła kuzynka, która mieszka w Wiedniu. Informacje, jakie nam przekazała, wyprzedziły te, które podawały polskie media. Powiedziała nam, że Stefan był na pokładzie samolotu – austriacka telewizja opublikowała listę pasażerów.
Czy już wtedy starał się pan czegoś więcej dowiedzieć od polskich władz?
Gdy w telewizji ukazały się informacje, że rodziny, które straciły bliskich, mogą jechać do Moskwy na ich identyfikację, natychmiast zgłosiłem się na infolinię, podałem dwie osoby, które miały ze mną jechać. Okazało się jednak, że nie mają ważnych paszportów i musiały zrezygnować.
Kiedy nastąpił wylot do Moskwy?
W niedzielę po południu pojechałem na miejsce zbiórki do hotelu Novotel. Zabrałem ze sobą powiększone zdjęcie Stefana, przypuszczałem, że może być ono potrzebne do identyfikacji. W hotelu było ok. 200 osób, pobrano od nas materiał do badań DNA. Później przedstawiciel MSZ, koordynator tego wyjazdu, oraz lekarz-ratownik powiedzieli nam, że to będzie dla nas straszne przeżycie, ponieważ ciała są w takim stanie, że w większości nie można ich zidentyfikować. Powiedziano, że mają czternaście ciał, które można rozpoznać. Początkowo nie chcieli podać ich nazwisk, ale po naszych naleganiach w końcu je wymienili. Stefana na tej liście nie było.
Czy informowano was, jak będzie wyglądała identyfikacja?
Był bardzo wyraźny nacisk, abyśmy nie jechali do Moskwy. Przedstawiciele rządu mówili, że ten wyjazd jest nie dla każdego i niektóre osoby zrezygnowały. Ja byłem tak zdeterminowany, nawet nie myślałem o rezygnacji. Razem ze mną pojechał brat stryjeczny i kuzynka. W Moskwie byliśmy około północy. Tam po krótkiej odprawie paszportowej w asyście rosyjskich żołnierzy weszliśmy do autokarów i zawieziono nas do hotelu.
Był pan na spotkaniu z przedstawicielami polskiego rządu?
Godzinę po dotarciu do hotelu spotkaliśmy się w sali konferencyjnej m.in. z ministrem Tomaszem Arabskim, gdzie nastąpiła weryfikacja listy osób, które przyleciały do Moskwy. Okazało się wówczas, że figurują na niej osoby, które początkowo zgłosiłem do wyjazdu, a które nie mogły przyjechać z przyczyn formalnych. Nie było natomiast tych, którzy ze mną faktycznie przylecieli. Zgłosiłem to i poprosiłem o skorygowanie pomyłki. Okazało się wtedy, że takich osób jest znacznie więcej. Pani minister Kopacz potwierdziła to, co było mówione w Polsce: że ciała są w strasznym stanie i żeby przemyśleć decyzję o ich identyfikacji. Jak już wcześniej mówiłem, byłem zdeterminowany i chciałem zobaczyć Stefana bez względu na wszystko.
Kiedy pojechał pan do centrum patologii na identyfikację brata?
W poniedziałek około czternastej. Przydzielono nas do grupy śledczej, w której była polska psycholog, rosyjska tłumaczka i rosyjska prokurator. Przez trzy godziny spisywano moje dane, informacje dotyczące wyglądu brata, jego ubrania i rzeczy, które mógł mieć przy sobie. Jako najbardziej charakterystyczny przedmiot wymieniłem telefon typu Nokia. Był to stary, dziesięcioletni aparat, który dałem Stefanowi i który był zarejestrowany na mnie. Po zakończeniu przesłuchania podpisałem protokół. Poinformowano mnie, że spotkamy się następnego dnia i wtedy będą przygotowane następne ciała do identyfikacji. We wtorek rano w hotelu przedstawiciele rządu ponownie odczytali nazwiska osób, które mają jechać do centrum patologii. I ponownie odczytano je z błędami. Na zwróconą uwagę, że przecież ten błąd cały czas się powtarza, powiedziano nam, że zostanie skorygowany. Ale nie zrobiono tego do naszego wyjazdu, czyli do czwartku – przy kolejnych odczytywaniach list było to samo, co dodatkowo wprowadzało atmosferę zdenerwowania. A wystarczyło przecież wziąć nasze karty pokładowe, by uniknąć tego bałaganu. Doszło do tego, że do towarzyszącego mi brata stryjecznego zadzwoniła żona. W hotelu usłyszała, że taka osoba tam nie mieszka – wynikało to z tego, że przypisano mu zupełnie inne nazwisko.
Czy byliście państwo na bieżąco informowani o działaniach prowadzonych przez Rosjan?
Na spotkaniu pytaliśmy ministra Arabskiego, dlaczego Polska nie uczestniczy w tym śledztwie czynnie i czy prawdą jest, że jeszcze nie wszystkie ciała są w Moskwie. Odpowiedział, że wszystko jest w porządku, że on w pełni ufa prowadzącym śledztwo Rosjanom, a Polacy nie mogą prowadzić postępowania, bo tak przewiduje konwencja chicagowska. Mówił, że trumny będą plombowane w Moskwie i nie można ich w Polsce otwierać, bo takie jest rosyjskie prawo. Gdy stwierdził, że wszystkie ciała są już na miejscu, w instytucie patologii wstał mąż jednej z ofiar i powiedział: “Panie ministrze, pan kłamie. Mam wydruk informacji z internetu, w której pan prokurator generalny podał, że nie ma jeszcze zwłok pilotów, ponieważ samolot jest odwrócony i nie można go podnieść”. Pan minister Arabski nic na to nie odpowiedział.
Jak wyglądała pana następna wizyta w instytucie patologii?
Gdy przyjechaliśmy na miejsce, procedura rozpoczęła się od nowa. Ja byłem już po przesłuchaniu, ale nie widziałem jeszcze ciała brata. Po informacji z poprzedniego dnia, że będą nowe ciała do identyfikacji, przyjechałem tam pełen nadziei, że to, po co przyjechałem, wreszcie się dokona. Pokazano nam przedmioty znalezione przy ofiarach, wśród nich aparat telefoniczny brata. Byłem po prostu szczęśliwy, że wreszcie trafiłem na jakiś trop. Z tym zdjęciem, tłumaczem, psychologiem skierowano mnie do rosyjskiego prokuratora, który rozpoczął procedurę od nowa. Wyjaśniłem mu, że przecież jest protokół mojego przesłuchania z poprzedniego dnia i nie rozumiem, po co mamy jeszcze raz to robić. Wtedy tłumaczka powiedziała mi, że taka jest rosyjska procedura. I znów rozpoczęła się kilkugodzinna męczarnia. Przy moich przesłuchaniach nie było żadnego przedstawiciela polskiej ambasady lub konsulatu.
Czy poza aparatem telefonicznym okazano panu jeszcze jakieś inne przedmioty należące do brata?
W końcu pan prokurator przyniósł telefon, który znaleziono przy bracie, dwie monety, plakietkę klubu Legia Warszawa i tasiemkę, prawdopodobnie od woreczka, w którym na piersiach nosił paszport. Dał mi telefon, który próbowałem uruchomić, ale niestety nie znałem kodu PIN. Zadzwoniliśmy do rodziny w Warszawie, by skontaktowała się z operatorem, i otrzymałem informację, jak ten telefon włączyć. Natychmiast to zrobiłem – okazało się, że jest sprawny, naładowany, z zachowanymi wszystkimi danymi. Był to stuprocentowy dowód, że to jest właśnie telefon Stefana i że osoba, przy której go znaleziono, jest moim bratem. Później pan prokurator pokazał mi zdjęcie brata wykonane po wypadku. Bez trudu go rozpoznałem – Stefan był na nim cały, nie był spalony ani zniekształcony. Zanim zakończono procedurę przesłuchania, rosyjski prokurator spytał mnie o rodzinę i rodzeństwo. Odpowiedziałem, że to nie ma nic do rzeczy, że nie ma żadnego wpływu na toczące się postępowanie. Powiedziałem, że przyjechałem identyfikować brata, a nie opowiadać o swojej rodzinie. Gdy to zostało przetłumaczone prokuratorowi, zrezygnował z dalszych pytań i udaliśmy się do sali, gdzie okazano nam ciała.
Stefan był już po sekcji. Ciało okazywali mi polscy patolodzy. Trzeba przyznać, że polscy specjaliści zachowywali się niezwykle profesjonalnie. Miałem szczęście, że trafiłem na polską ekipę.
Dlaczego?
Poprzedniego dnia na spotkaniu z przedstawicielami polskiego rządu jeden z uczestników identyfikacji mówił, że poszedł rozpoznać jednego z polskich generałów. Okazano mu ciało, które nie było absolutnie przygotowane do identyfikacji: ubrudzone ziemią, benzyną, całe we krwi. Na pytanie, dlaczego ciało nie jest umyte, towarzyszący przy identyfikacji Rosjanin wziął wodę w butelkę i zaczął myć te zwłoki. Człowiek, który miał dokonać identyfikacji, był wstrząśnięty.
Gdy ja oglądałem brata, był już umyty. Polski lekarz wypytywał o szczegóły: czy miał jakąś operację, znaki szczególne, złamania. Powiedziałem, że nie. Zapytał mnie też, czy chcę zobaczyć ubranie. Odpowiedziałem, że tak i mi je pokazano.
Było zniszczone?
Nie widziałem żadnych zniszczeń, było natomiast przesiąknięte paliwem lotniczym. Marynarka była cała, podobnie jak buty i bielizna.
Co się stało z tym ubraniem?
Zgodziłem się, żeby je spalono, ale teraz żałuję. Mogło przecież być ważne w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy. W Moskwie byłem w szoku, zabrakło zdrowego rozsądku. Już w Polsce, w siedzibie żandarmerii wojskowej w Mińsku Mazowieckim, odebraliśmy tylko kurtkę brata, jego paszport, legitymację. Te przedmioty nie były ani spalone, ani zniszczone.
Co się działo dalej, już po identyfikacji pana Stefana Melaka?
Wiem, że to zabrzmi tragicznie, ale byłem szczęśliwy, że to jest on, że ciało jest w całości. Oddałem jeszcze krew na próbki DNA, podpisałem akt zgonu i zapytałem, czy mogę już zabrać brata do Polski. I wtedy towarzyszący mi Rosjanin powiedział: “Nie, proszę pana, bo do ciała pana brata ktoś się przyznaje, ktoś go wcześniej rozpoznał jako swojego ojca”. Dosłownie mnie zamurowało – myślałem, że dostanę zawału. Zacząłem interweniować u pani minister Kopacz, która potwierdziła, że ktoś wcześniej rozpoznał to ciało i podała mi nazwisko tej osoby.
Skontaktował się pan z tym człowiekiem?
Wtedy otrzymałem następny cios – usłyszałem, że wyjechał on w poniedziałek do Warszawy. Całkowicie przybity wróciłem do hotelu z przekonaniem, że mimo rozpoznania zwłok, nie wrócę ze Stefanem.
Gdy już byłem w hotelu, podszedłem do tablicy, na której zamieszczano informacje po polsku przeznaczone dla nas. I tam zobaczyłem, że jest nazwisko człowieka, który miał rzekomo wyjechać w poniedziałek do Warszawy. Podbiegłem do przedstawicielki polskiego konsulatu, która była na miejscu, i zapytałem, gdzie jest ten człowiek. Usłyszałem, że właśnie pojechał do instytutu patologii. Wzburzony powiedziałem, o co chodzi, i poprosiłem o telefon interwencyjny do pani minister Kopacz. Podałem numer telefonu do rosyjskiego śledczego, który na szczęście sobie zapisałem, i jego nazwisko. Po kilku minutach pani konsul dodzwoniła się do asystenta minister Kopacz, ale ten nie chciał jej połączyć. Wtedy pani konsul się rozłączyła, zadzwoniła do wiceministra Najdera i po kilku minutach został podstawiony samochód. W eskorcie rosyjskiej milicji zawieziono mnie z powrotem do instytutu.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, sprawa już była wyjaśniona – dowiedziałem się, że orzymam akt zgonu, że Stefan wróci do kraju, że dostanę należące do niego przedmioty.
Starał się pan wyjaśnić, w jaki sposób doszło do tej tragicznej pomyłki?
Gdy w czwartek jechałem na lotnisko, w busie zobaczyłem młodego człowieka, który w moim bracie miał rozpoznać swojego ojca. Zapytałem go, jak wyglądała identyfikacja. Odpowiedział mi, że po okazaniu zwłok, w pierwszym momencie zawahał się, czy to przypadkiem nie jest ciało jego ojca, ponieważ było trochę podobne. Ale później, po tym, jak się dokładnie przyjrzał, powiedział Rosjanom, że zdecydowanie nie jest to ciało jego ojca.
Czy w akcie zgonu pana Stefana Melaka jest podana przyczyna i godzina śmierci?
Na karcie zgonu figuruje godzina śmierci brata – 10.51. czasu moskiewskiego. Jako przyczynę wpisano obrażenia odniesione w katastrofie lotniczej. Chcę podkreślić niezwykłą rolę kapelanów wojskowych, którzy byli z nami w Moskwie. W nocy byli obecni przy plombowaniu trumien, modlili się, spełnili posługę kapłańską przy bracie i przy innych ofiarach katastrofy.
Kiedy wyjechał pan z Moskwy?
W czwartek. Nasz wylot poprzedziła odprawa paszportowa – była niezwykle dokładna, o wiele bardziej, niż kiedy lecieliśmy do Moskwy. Przed wejściem do samolotu sprawdzano nas specjalnymi urządzeniami, musiałem wyrzucić piankę do golenia w areozolu. Rosjanie kazali nam nawet zdejmować buty, co było bardzo upokarzające. Nie zgodziłem się na to. Po przylocie do Polski powoli minął szok i zacząłem analizować, co się stało. Nie mogę się pogodzić, że śledztwo prowadzą Rosjanie, że polski rząd tak łatwo się na to zgodził. Nie mogę się pogodzić z niesprawiedliwymi przekazami medialnymi, w których winą za katastrofę obciąża się polskich pilotów, a w szczególności mjr. Arkadiusza Protasiuka. Jak można coś takiego robić? Niektóre rodziny ofiar katastrofy podpisały się pod listem otwartym w jego obronie. Mija ponad miesiąc od katastrofy, a my poza medialnymi spekulacjami nadal nie wiemy nic. Z wyjątkiem tego, że polski rząd wykazał się całkowitą bezradność
Caryca rosyjskiej awiacji
Gazeta Polska 2010-06-02
Generał Tatiana Anodina, szefowa Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego badającego katastrofę prezydenckiego samolotu, należy do najbardziej wpływowych osób w Rosji. Związana z funkcjonariuszami sowieckich służb specjalnych, mimo swojego wieku (71 lat) żelazną ręką rządzi w podległym jej MAK-u. To od niej zależy ostateczny kształt raportów katastrof badanych przez Komitet. Co ciekawe, w przeważającej większości jako ich przyczynę MAK wskazuje błąd pilota.
W 1991 r. dzięki poparciu Jewgienija Maksimowicza Primakowa, wiceszefa KGB (później szefa rosyjskiego wywiadu), Tatiana Anodina została szefem Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK), którego współzałożycielem był Primakow.
MAK powołano do prowadzenia wszytkich dochodzeń cywilnych wypadków lotniczych, w jego laboratoriach bada się i analizuje czarne skrzynki samolotów, które uległy katastrofie. Tatiana Anodina, nazywana w rosyjskim lotnictwie “mamą” lub “generałem w spódnicy”, ma rangę ministra. Jej podpis na dokumentach decyduje o wszystkim, co jest związane z lotnictwem na niemal całym terytorium byłego ZSRR. Założycielka także prywatnego rosyjskiego lotnictwa, posiada tytuł profesora i wiele innych, niejednokrotnie była za swoją działalność odznaczana. Związana ze Lwowem i lwowską politechniką, zrobiła oszałamiającą karierę w Związku Radzieckim.
Życiorys spowity mgłą
Nieliczne dane medialne o szefowej MAK zawierają wiele nieprawidłowości, a jedną z przyczyn tego stanu rzeczy są bliskie związki Anodiny zarówno z Primakowem, jak też z innymi funkcjonariuszami radzieckich, a później rosyjskich służb specjalnych. Ustalenie dokładnego życiorysu Tatiany Anodiny jest praktycznie niemożliwe. Już samo znalezienie właściwej daty urodzenia “carycy rosyjskiego lotnictwa” okazało się trudne. W raporcie spółki, w której zasiada w radzie nadzorczej, czytamy, że Anodina urodziła się w 1946 r. Inne źródła z kolei podają, że przyszła na świat 16 kwietnia 1939 r., co oznacza, że ma obecnie 71 lat. Na tę ostatnią datę wskazuje również fakt ukończenia politechniki lwowskiej w 1961 r.
Tatiana Anodina na konferencji prasowej dotyczącej wstępnych przyczyn katastrofy prezydenckiego samolotu powiedziała, że jej przodkowie pochodzą z Krakowa. Tej informacji nie można nigdzie potwierdzić – wiadomo natomiast, że urodziła się w Leningradzie. Jej ojciec był pilotem wojskowym, co zapewne miało wpływ na jej późniejszą karierę. Po ukończeniu politechniki otrzymała tytuł inżyniera konstruktora. Warto zaznaczyć, że po II wojnie światowej politechnikę lwowską kończyli najlepsi wojskowi specjaliści, którzy jeszcze na studiach byli związani z sowieckimi służbami specjalnymi, co później gwarantowało im błyskawiczną karierę. Wielu z nich wiązało swój los z lotnictwem, które w ZSRR rozwijało się bardzo szybko – ówczesna ideologia głosiła, że radziecka ekspansja lotnicza przyczyni się do pokonania USA.
Natychmiast po ukończeniu politechniki lwowskiej Tatiana Anodina została szefem zarządu technicznego ministerstwa lotnictwa cywilnego ZSRR. Świeża absolwentka Anodina nagle stała się głównym zleceniodawcą opracowań naukowo-badawczych i konstruktorskich, projektów i dokumentacji, decydowała o kierunku badań. Wszyscy czołowi konstruktorzy radzieckiego lotnictwa musieli przejść przez jej gabinet, wszyscy dyrektorzy zakładów związanych z lotnictwem i szefowie laboratoriów lotniczych byli jej podporządkowani. To Anodina decydowała o finansowaniu przyszłych projektów, a jej władza w podległym obszarze była nieograniczona.
W jednym z artykułów w rosyjskiej prasie podano, że Tatiana Anodina – wówczas profesor habilitowany – wyszła za mąż za Piotra Pleszakowa, ministra lotnictwa radzieckiego, który zmarł w 1987 r. Tę informację można znaleźć niemal we wszystkich artykułach dotyczących Anodiny, jednak po jej dokładnym sprawdzeniu okazuje się, że Piotr Pleszakow był rzeczywiście ministrem, ale łączności.
Poznała go na początku lat 60., gdy Pleszakow pełnił funkcję dyrektora naukowo-badawczego instytutu łączności Armii Sowieckiej. Głównym zadaniem tej instytucji była produkcja systemów wykorzystywanych przez radziecki wywiad. Starszy od niej o 17 lat oficer był kombatantem II wojny światowej oraz wojny w Korei, gdzie testował sprzęt radiowy produkowany dla wywiadu i armii.
W 1964 r. Tatiana Anodina urodziła syna Aleksandra i po krótkiej przerwie wróciła do pracy, zostając dyrektorem państwowego naukowo-badawczego instytutu aeronawigacji. Rosyjskie źródła podają, że w 1992 r. Anodina została żoną Jewgienija Maksimowicza Primakowa, jednak trudno znaleźć jednoznaczne potwierdzenie tej informacji. Wiadomo natomiast, że to właśnie jemu Anodina zawdzięcza to, że od czasu rozpadu ZSRR nadal pozostaje jedną z najbardziej wpływowych kobiet w Rosji.
Kontrowersyjny MAK
Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) powstał na podstawie międzyrządowej “Umowy o lotnictwie cywilnym” podpisanej 30 grudnia 1991 r. Według oficjalnej strony internetowej, jego siedziba mieści się w Moskwie, a do MAK należą: Azerbejdżan, Armenia, Białoruś, Gruzja, Kazachstan, Kirgistan, Mołdowa, Rosja, Tadżykistan, Turkmenistan, Uzbekistan i Ukraina. Pozostałe informacje dotyczą dokumentów i wydarzeń, brak jest natomiast informacji o strukturze Komitetu, zarządzie i wreszcie o samej Anodinie.
Według skąpych informacji wiadomo jedynie, że w skład MAK wchodzi spółka Awiaregister, która za wydanie każdego certyfikatu kasuje ok. 3 mln dol.
Rosyjskojęzyczne media są usiane wieloma informacjami na temat działalności MAK. Podawane są m.in. wiadomości o “przekrętach z licencjami” i “wycinaniu konkurentów z lotniczego biznesu za pomocą tej struktury”. Warto przypomnieć list grupy deputowanych rosyjskiej Dumy Państwowej z 20 lutego 2003 r. adresowany do ówczesnego prezydenta Rosji Władimira Putina:
“Deputowani Dumy Państwowej dowiedzieli się o decyzji z 12 lutego 2003 r. Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego o wstrzymaniu certyfikatu na najlepszy samolot rodzimej produkcji Ił-86, co doprowadziło do zaniechania jego eksploatacji przez nasze linie lotnicze. Prosimy Was, szanowny Władimirze Władimirowiczu, o rozpatrzenie możliwości wstrzymania działania MAK na terytorium Rosji, które szkodzi interesom Federacji Rosyjskiej”.
Władimir Władimirowicz Putin nie zareagował i MAK działa nadal.
Krytycznie zarówno o MAK, jak i Tatianie Anodinie pisała rosyjska gazeta “Stringer”. W artykule z sierpnia 2001 r. czytamy: “Stworzony pod pretekstem utrzymania jednolitości lotnictwa na terenie WNP MAK nie jest organizacją legalną, ponieważ – według konstytucji Federacji Rosyjskiej – międzypaństwowe umowy muszą być ratyfikowane w Dumie Państwowej. Jednak umowy zawarte między państwami i MAK nie były ratyfikowane. Tatiana Anodina w sposób samozwańczy nosi mundur ministra lotnictwa cywilnego Rosji. Jeśli rozpatrywać “kacykostwo” Tatiany Anodiny na płaszczyźnie prawa, to wszystkie certyfikaty wydane przez ową organizację nie mają mocy prawnej. Uchwała rządu Czernomyrdina (nr 367) z 23 kwietnia 1994 r., w którym MAK-owi dano pełnomocnictwa federalnego zarządu Federacji Rosyjskiej do wydawania certyfikatów dotyczących techniki lotniczej, została wydana wbrew konstytucji Rosji. Według umowy podpisanej między rządem Rosji i MAK (zatwierdzonej uchwałą premiera Wiktora Czernomyrdina) wszyscy funkcjonariusze tej dziwnej organizacji ze statusem dyplomatycznym nie podlegają odpowiedzialności sądowej podczas wykonywania obowiązków służbowych”.
Dezinformacja medialna
Wszystkie katastrofy lotnicze, do których doszło na terenie byłego ZSRR, są badane przez MAK. Co ciekawe, np. w polskiej wersji Wikipedii, a także w innych naszych mediach opisywane są przyczyny danej katastrofy, ale nie podaje się, że są to ustalenia MAK. W rosyjskojęzycznych mediach MAK jest oskarżany o nieprawidłowości podczas przeprowadzania dochodzeń dotyczących katastrof lotniczych. Wskazuje się w nich, że ustalona przez MAK przyczyna katastrofy ma decydujący wpływ m.in. na ewentualne odszkodowania czy wręcz los linii lotniczej, której samolot się rozbił.
Jedną z głośniejszych spraw opisywanych przez media była katastrofa samolotu ormiańskiego, która wydarzyła się w nocy 3 maja 2006 r. w okolicach Soczi. Airbus A-320 runął do Morza Czarnego z 113 osobami – nikt nie przeżył.
W polskiej wersji Wikipedii został zamieszczony dokładny opis tego tragicznego wypadku wraz z podaniem przyczyn: złej pogody i błędu pilota, zabrakło natomiast informacji, że taką wersję podało właśnie MAK.
Po ogłoszeniu raportu ormiańska linia lotnicza “Armavia” oświadczyła, że nie zgadza się z rezolucją Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. Oświadczenie poparło Narodowe Zrzeszenie Lotnicze Armenii.
– Żaden lotnik nie uwierzy MAK-owi. Przyczyn katastrofy mogło być kilka, ale MAK zrzuca winę na pilotów, by nie popsuć reputacji portu lotniczego w Soczi, który przygotowuje się do olimpiady w 2014 r. – mówił po ogłoszeniu raportu MAK prezydent ormiańskiej linii lotniczej Dmitrij Atbaszjan.
Autor artykułu zamieszczonego na stronie www.flb.ru wykazuje, że MAK najczęściej wskazuje błąd pilotów jako przyczyny kolejnych katastrof; podaje też konkretne katastrofy – m.in. w Irkucku w 1994 r. czy w Adżarii w 2000 r. Zawsze po sporządzeniu raportu dokumenty są kierowane do archiwum MAK, do którego dostęp ma bardzo wąskie grono osób. Czytając informacje dotyczące ustalonych przez MAK przyczyn kolejnych katastrof, trudno nie zauważyć, że wszystkie zawierają podobne tezy. Tak samo jest ze wstępnymi ustaleniami przyczyn katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Informacje o błędach załogi i ewentualnych naciskach media rosyjskie (a za nimi “Gazeta Wyborcza”) podawały już w dniu katastrofy 10 kwietnia. Na konferencji prasowej 19 maja Tatiana Anodina mówiła: – Trzeba zbadać ważną kwestię ewentualnego wywierania nacisków na pilotów.
Energiczne FSB
Z branżą lotniczą związał się też syn Tatiany Anodiny, Aleksander Pleszakow, który przez długie lata był prezesem linii lotniczych Transaero (teraz tę funkcję pełni jego żona Olga). Rosyjskim dziennikarzom doskonale jest znany skandal związany z Aleksandrem Pleszakowem dotyczący właśnie linii Transaero.
W 2006 r. Rosyjska Izba Obrachunkowa (odpowiednik polskiej NIK) skontrolowała Transaero. Okazało się, że spółka – właściciel linii lotniczych – nie zapłaciła skarbowi państwa 300 mln dol., co udowodnił Władimir Panski, funkcjonariusz RIO. Według rosyjskich mediów w wyciszenie sprawy zaangażowało się wielu rosyjskich polityków oraz sama Tatiana Anodina. Aleksander Pleszakow zwrócił się też o pomoc do Lewona Czachmachczjana, senatora autonomicznej republiki Kałmucji, którego zięć był audytorem RIO. Jak się później okazało, senatorowi, mimo chroniącego go immunitetu, Federalna Służba Bezpieczeństwa (następczyni KGB) założyła podsłuch. 2 czerwca 2006 r. Lewon Czachmachczjan został zaproszony do biura Transaero. Po wejściu natychmiast został aresztowany przez FSB, które znalazło w firmie 300 tys. dol., które – według świadków – były wręczone senatorowi jako łapówka.
Podczas procesu udowodniono, że taśma, na której nagrano rzekome negocjacje Pleszakowa i Czachmachczjana, została sfałszowana. Mimo to senator został pozbawiony immunitetu i skazano go na dziewięć lat więzienia. Rosyjski sąd skazał także jego zięcia, audytora RIO oraz kilku innych urzędników. Rosyjskie służby specjalne energicznie zajęły się także obrońcą Czachmachczjana – mecenasem Borysem Kuzniecowem, pełnomocnikiem rodzin kilkudziesięciu ze 118 marynarzy, którzy w 2000 r. zginęli na rosyjskim atomowym okręcie podwodnym “Kursk” w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Kuzniecow był również obrońcą w głośnych procesach politycznych, m.in. naukowca Igora Sutiagina skazanego na 15 lat więzienia za rzekome szpiegostwo.
Ponieważ mecenas Kuzniecow ujawnił dokument nakazujący podsłuchiwanie senatora Czachmachczjana, zanim prokuratura otrzymała na to zgodę rosyjskiego sądu najwyższego, został oskarżony o zdradę tajemnicy państwowej. Nie udało się jednak doprowadzić do jego skazania, ponieważ w 2008 r. Borys Kuzniecow dostał azyl polityczny w USA.
ockiWiktor Pot
Współpraca: Dorota Kania
Kto utajnił akta katyńskie
Justyna Prus 14-07-2010,
Od lat Rosja zapewniała, że decyzję o utajnieniu akt śledztwa pojęła specjalna komisja. Ta ogłosiła właśnie: “To nie my“
W Moskiewskim Sądzie Miejskim odbyło się wczoraj kolejne – piąte już – posiedzenie dotyczące utajnienia pod koniec 2004 roku postanowienia o umorzeniu prowadzonego przez 14 lat śledztwa katyńskiego. Wnioskodawca – organizacja Memoriał – walczy o uznanie decyzji za sprzeczną z prawem i o zobowiązanie Komisji Międzyresortowej do zdjęcia klauzuli tajności.
Wszystko wskazywało na to, że podobnie jak wszystkie poprzednie, wczorajsze posiedzenie nie wniesie żadnych konkretów – przedstawiciele Komisji Międzyresortowej do sądu nie przybyli. Ku zaskoczeniu obecnych na sali przedstawicieli Memoriału, i najwyraźniej także własnemu, sędzia Anna Nazarowa przedstawiła jednak pismo komisji.
Wynika z niego m. in., że instytucja ta w sprawie odtajnienia postanowienia nie ma nic do powiedzenia, ponieważ 22 grud- nia 2004 roku nie podejmowała decyzji o jego utajnieniu! To przeczy dotychczasowemu stanowisku Rosji.
116 tomów akt śledztwa katyńskiego przeprowadzonego przez Rosję nadal nosi klauzulę tajności
Od 2005 roku Główna Prokuratura Wojskowa tłumaczyła w sądach różnej instancji, że kierując do niej wnioski o odtajnienie postanowienia o umorzeniu śledztwa, Memoriał myli adresy. 22 grudnia 2004 roku utajnić je miała właśnie komisja, a GPW nie ma odpowiednich kompetencji, by podjąć decyzję o zdjęciu klauzuli tajności.
Wykrętne tłumaczenia prokuratury
Taka informacja znajduje się między innymi w datowanym na 22 kwietnia 2008 roku oficjalnym piśmie do Memoriału. Na klauzule wprowadzone przez komisję powoływał się także rosyjski rząd w korespondencji z Trybunałem w Strasburgu.
Czy prokuratura kłamie? – To nie jest kłamstwo wprost, raczej wykręt – mówi Aleksander Gurianow, szef polskiej sekcji Memoriału. Sugeruje, że Główna Prokuratura Wojskowa mogła jesienią 2004 roku sama utajnić akta, a następnie skierować je do Komisji Międzyresortowej, która odtajniła 67 tomów ze 183.
To właśnie wśród 116 nadal tajnych tomów jest jeden zawierający postanowienie o umorzeniu śledztwa. – Potem GPW twierdziła, że decyzję o utajnieniu podjęła Komisja Międzyresortowa. Nie dodała jednak, że komisja de facto decyzji o utajnieniu nie podejmowała, lecz po prostu utrzymała klauzulę wcześniej nadaną przez GPW – mówi Gurianow.
Dowodem na słuszność tej hipotezy mają być pieczęcie na aktach śledztwa przekazanych w maju Polsce. Na pierwszej stronie jednego z tomów widać: “Odtajniono decyzją Komisji Międzyresortowej 22.12.2004 roku”.
– Formalnie rzecz biorąc, Główna Prokuratura Wojskowa akt utajnić nie mogła, więc skoro komisja ich nie utajniała, to może one wcale nie są tajne? – powiedziała z kolei “Rz” prawniczka organizacji Memoriał Diana Sork. Sędzia przełożyła sprawę na 3 sierpnia tego roku i oznajmiła, że skieruje do obu instytucji – prokuratury i komisji – zapytanie o to, kto podjął decyzję o nałożeniu klauzuli tajności.
– To jest przedszkole! Dwa organy państwowe bawią się w kotka i myszkę. Prokuratura Wojskowa twierdzi: “To komisja”, a ta latami milczy, aby potem nagle ogłosić, że nie ma ze sprawą nic wspólnego. To wiele mówi o kondycji naszego państwa – ocenia historyk Memoriału Nikita Pietrow.
Toczący się obecnie proces to już kolejna runda, jaką odbywa przed moskiewskimi sądami Memoriał walczący o odtajnienie katyńskich akt.
W kwietniu rosyjski Sąd Najwyższy uchylił wcześniejsze orzeczenie sądu miejskiego, który odmówił stowarzyszeniu prawa do występowania w sądzie w tej sprawie.
Ludzie komisji nie przychodzą
Cofnięcie sprawy do moskiewskiego sądu i zobowiązanie go do rozpatrzenia skargi Memoriału, wbrew nadziejom, że może to być sygnał gotowości Moskwy do zmiany stanowiska, na razie nie przyniosło żadnych wyników. Sprawa utknęła w martwym punkcie i – na skutek wyraźnego oporu Komisji Międzyresortowej – wciąż nie udaje się jej doprowadzić nawet do rozpoczęcia jej merytorycznego rozpatrywania.
Przedstawiciele komisji stawili się wprawdzie na trzy pierwsze posiedzenia przygotowawcze, ale nie potrafili przedstawić żadnych dokumentów. Na dwa kolejne nie przyszli w ogóle. Dlatego że uważali swoją rolę za zakończoną. Przedstawione wczoraj pismo było datowane 25 czerwca, a więc powinno być odczytane jeszcze na poprzednim posiedzeniu 28 czerwca. Komisja Międzyresortowa przekonuje w nim także, że nie może nic odtajnić bez odpowiedniego wniosku Głównej Prokuratury Wojskowej.
– Co więcej, komisja twierdzi w swoim piśmie, że nie jest organem władzy państwowej i dlatego Memoriał nie ma prawa zaskarżać jej działań ani zaniechań w trybie postępowania cywilnego – dodał z oburzeniem Gurianow.
Justyna Prus z Moskwy
Strona Stowarzyszenia Memoriał
Rzeczpospolita |
|
|
Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?
|
|
|
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
|
|
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.
Brak ocen. Może czas dodać swoją?
|
|
|
| Po |
Wt |
Śr |
Cz |
Pi |
So |
Ni |
| |
|
1 |
2 |
3 |
4 |
5 |
| 6 |
7 |
8 |
9 |
10 |
11 |
12 |
| 13 |
14 |
15 |
16 |
17 |
18 |
19 |
| 20 |
21 |
22 |
23 |
24 |
25 |
26 |
| 27 |
28 |
29 |
30 |
|
|
|
|
|
Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.
|
|